• Leszek Mańkowski

Marceli OSTROWSKI ma 100 lat!

30 maja br. skończył STO LAT płk instr. pil. Marceli Ostrowski, mieszkający obecnie w Kanadzie, w Toronto.



Jest On moim wieloletnim (28 lat) Przyjacielem. Gdy poznałem Go w roku 1992 od pierwszej chwili  "spotkania" Go wzrokiem, jeszcze bez słowa powitania, doznałem uczucia, że widzę człowieka absolutnie doskonałego, skrajnie szlachetnego, bez skazy. To zdanie podtrzymuję do dziś.

We wtorek 26 maja br. wystąpiłem do Prezydenta RP Andrzeja Dudy z wnioskiem o  przyznanie Mu Orderu Orła Białego. Czy tak się stanie - pokaże czas.

Proponuję obejrzenie dwóch odcinków Jego prezentacji w telewizji kanadyjskiej, opublikowanych w Toronto w programie Polish Studio przez redaktora Tadeusza Lisa. Do mojej emerytury w roku 2008 zrealizowałem wraz z T. Lisem koło 15 odcinków poświęconych polskim wielkim pilotom, emitowanych przez

Polish Studio.

Aby obejrzeć ostatnie dwa programy poświęcone Marcelemu Ostrowskiemu proszę skorzystać z internetu:

1. wpisać: www.polcu.com

2. znaleźć napis  Polish Credit Union TV 3. przejść na Watch Archived Program

Tam są wyszczególnione różne programy, m. in. programy poświęcone Marcelemu Ostrowskiemu:

     a) emitowany w telewizji w Toronto dnia 6 czerwca br., nagrany dokładnie w stulecie Urodzin - 30 maja,

         czas trwania - 10 min. 39 sek. Na końcu miłe obrazki związane z LOTECZKĄ dzięki Andrzejowi Szymczakowi,

     b) mój wywiad z M. Ostrowskim sprzed 15 lat, gdy miał On lat 85, emitowany 30 maja br. Ponadto warto obejrzeć inne programy, również lotnicze, niektóre moje nagrania, ale i inne.

Proszę zwłaszcza prezesów lokalnych KSL  KPD i innych instytucji o rozpowszechnienie tej wiadomości.

                Pozdrawiam serdecznie,

               Staszek Błasiak

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

MARCELI OSTROWSKI

STULETNI NIEZWYKŁY LOTNIK


Człowiek jako stworzenie stadne od urodzenia poznaje swoje otoczenie. Najpierw

poznaje rodziców i rodzinę, potem w przedszkolu i szkołach różnego typu wychowawców i nauczycieli, kolegów i koleżanki, wreszcie – współtowarzyszy pracy i wielu innych. Niektórzy z nich pozostają w pamięci do końca życia. Wśród nich w moim przypadku wyróżniam ludzi związanych z lotnictwem, zwłaszcza tych, którzy walczyli w II Wojnie Światowej o niepodległość naszej Ojczyzny. Dzięki swojej pracy zawodowej poznałem ich wielu w kraju i zagranicą. Jeden z tych przypadków, który opisuję niżej, był dla mnie szczególny.

W latach 1978 - 2008 pracowałem w Polskich Liniach Lotniczych LOT jako pilot komunikacyjny, latając kolejno na samolotach typu AN-24, TU-154M i Boeing 767. Portami docelowymi w lotach Boeingiem były w większości lotniska w USA i w Kanadzie. Żyło tam wówczas jeszcze wielu lotników polskich różnych specjalności, którzy brali udział w II wojnie światowej. Ponieważ tematyka ta interesowała mnie szczególnie, więc zrodziła się wyjątkowa okazja do poznania uczestników tej wojny. Sprzyjało temu ich zorganizowanie w Europie w Klubach, zaś poza Europą w Skrzydłach, należących do Światowego Stowarzyszenia Lotników Polskich, powstałego w Wielkiej Brytanii w roku 1945. Szczególnie liczna za Oceanem Atlantyckim była wówczas Polonia lotnicza zrzeszona w Toronto, w tzw. „Skrzydle 430 Warszawa” z siedzibą przy 206 Beverley Street. Tam poznałem Tadeusza Wysockiego, instruktora mechanika z przedwojennego XI Pułku Myśliwskiego w Lidzie. Podczas wizyty w jego mieszkaniu spotkało mnie niezwykłe zdarzenie. W trakcie rozmowy z zacnym gospodarzem dzwonek zaanonsował gościa. Ujrzawszy go w drzwiach doznałem szokującego wrażenia, że widzę człowieka absolutnie szlachetnego i doskonałego, bez żadnej skazy. Choć poznałem dotąd wielu wspaniałych ludzi, to jednak nigdy w życiu czegoś podobnego nie doświadczyłem. Po bliższym poznaniu jego życiowych losów oraz jego społecznego zaangażowania i nienagannych manier zostaliśmy przyjaciółmi. Tym bohaterem jest ppłk pilot Marceli Ostrowski, który w sobotę 30 maja br. będzie obchodził swoje setne urodziny! Nasza przyjaźń trwa już 28 lat.

Marceli pochodzi z niezwykle patriotycznej rodziny, służącej wiernie Ojczyźnie od stuleci. Udokumentowanym praprzodkiem rodziny Ostrowskich jest Prandota I Ostrowski, który żył w XII wieku. Przez następne wieki Ostrowscy zakładali miasta i piastowali ważne urzędy państwowe, służąc zawsze sprawom publicznym. Szczególną rolę w historii Polski hrabiowski ród Ostrowskich zaczął odgrywać od XVIII wieku, gdy Tomasz Adam hrabia Ostrowski, urodzony w roku 1735, pełnił jako ostatni przed drugim rozbiorem Polski urząd podskarbiego koronnego. W obliczu upadku obozu obrońców Konstytucji 3 Maja ukrył on kosztowności, będące Skarbem Korony Polskiej. Stanowiły one zabezpieczenie dla Ojczyzny na cięższe czasy. Miejsce ukrycia skarbu otoczone było najściślejszą tajemnicą. Tomasz Adam zdradził ją jedynie swemu kuzynowi Wojciechowi Ostrowskiemu, który był pra, pra, pradziadkiem Marcelego. W ten sposób obaj Ostrowscy zostali pierwszymi strażnikami skarbu. Tajemnicę tę powierzano następnie najstarszemu synowi w rodzie, który stawał się kolejnym strażnikiem skarbu. Jedynym wyjątkiem było powierzenie tej tajemnicy przez Wojciecha Ostrowskiego swemu średniemu synowi Maciejowi, który przeniósł się na stałe z Warszawy do położonej na uboczu Dubienki nad Bugiem. Tam właśnie ukryto część Skarbu Korony Polskiej.

Chęć chronienia tej tajemnicy skarbu, jak i rodziny przed ewentualnymi rosyjskimi represjami po upadku Powstania Styczniowego, w którym wielu z Ostrowskich brało udział, skłoniła przodków Marcelego do emigracji, początkowo do polskiego ośrodka w Petersburgu, potem do Anglii, a w końcu w dzikie, dalekie ostępy puszczy brazylijskiej. W roku 1907

dziadek Marcelego Michał wraz żoną Anielą i czwórką dzieci oraz z bratem Czesławem i jego liczą rodziną wypłynęli statkiem z Anglii, by dobić do brzegu Brazylii w porcie Santos. Podczas tej podróży Aniela urodziła piątego syna - Henryka, stryja Marcelego. Henryk otrzymał automatycznie obywatelstwo brytyjskie. Ostrowscy po licznych perturbacjach osiedlili się w Paranie, na przedmieściach Kurytyby – Afonso Pena. W tym rejonie było już wówczas wielu polskich osadników. 12 listopada 1917 powstało Polskie Królestwo Regencyjne, w którym władzę do czasu powołania monarchy miała sprawować Rada Regencyjna w składzie: kardynał Aleksander Kakowski, Zdzisław książę Lubomirski oraz hrabia Józef Ostrowski, krewny Marcelego, urodzony w roku 1850, absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego i Berlińskiego. W jego domu 11 listopada 1918 roku odbyło się przekazanie władzy wojskowej, a trzy dni później cywilnej Józefowi Piłsudskiemu. Polska odzyskała niepodległość. Został spełniony warunek przekazania Skarbu Korony Polskiej prawowitym władzom, co dokonano zanim Marceli się urodził. Zarówno Marcelego, jak i jego ojca - Stanisława, który był wśród swych braci najstarszym z rodu, ominął honor zostania strażnikiem Skarbu Korony Polskiej.

Rodzice Marcelego, Stanisław Ostrowski i Małgorzata, z domu Jubel, zwana Marylą, poznali się i pobrali w Brazylii, w Pariquera-Acu. Z Kurytyby przenieśli się do miasteczka Antonio Reboucas, gdzie 30 maja 1920 roku urodził się Marceli jako pierwsze dziecko spośród dziesięciorga rodzeństwa: dziewięciu braci i siostra. W domu posługiwano się piękną polszczyzną i kultywowano polskie tradycje. Śpiewano polskie piosenki, recytowano wiersze, uczono historii. Język portugalski zostawał w rodzinie za progiem. Głównym zajęciem ojca był nadzór nad kilkoma załogami robotników budującymi drewniane podkłady rozgałęzień kolejowych i budowa wagonów. Załogę tworzyli Portugalczycy, Murzyni, Indianie, Ukraińcy i Polacy. Marceli podrastając uczył się od Indian strzelania z łuku. Dziadek Marcelego - Michał kupił duży obszar ziemi porośnięty puszczą dla siebie i dla rodziny. Ścinano drzewa imbui i piniory, które sięgały wysokości stu metrów! Budowano z nich domy i szkołę. W ten sposób powstawała osada Marumbi, leżąca w sercu dziewiczej puszczy podzwrotnikowej pełnej węży, pająków, przeróżnych owadów, dzikich świń, małp, dzikich psów, mrówkojadów i różnego rodzaju przepięknych ptaków. Ostrowscy wybudowali tam szkołę, w której na początku w roku 1927 uczyło się czterdzieścioro dzieci. W trakcie budowy szkoły do Marumbi zawitał Władysław Raczkiewicz, prezes ówczesnego Światowego Związku Polaków, późniejszy prezydent RP na Uchodźstwie. W Marumbi gościli również inni wielcy Polacy.

Marceli po skończeniu nauki w miejscowej szkole podstawowej zrobił małą i dużą maturę w Brusque, po czym rozpoczął studia na wydziale agronomii na uniwersytecie w Kurytybie. Z chwilą wybuchu II Wojny Światowej Marceli wychowany w duchu polskości i żyjący zgodnie z polską tradycją podjął decyzję, że jego obowiązkiem jako najstarszego syna w rodzinie jest ochotnicze zaciągnięcie się do wojska w obronie Polski, swojej drugiej po Brazylii Ojczyzny. Taki sam plan miał młodszy brat Marcelego – Edmund, który w Brazylii zdążył się już wyszkolić w pilotażu samolotowym. Obaj bracia porzucili więc studia, brazylijską ziemię rodzinną i wszystko, co było im tam drogie. Postanowili udać się jako ochotnicy do Wielkiej Brytanii, aby w polskich siłach zbrojnych walczyć o wolność Polski. Taką decyzję podyktował im głos sumienia. Ponieważ Brazylia sprzyjała Niemcom, nie mogli tam wstąpić do polskich sił zbrojnych. Zdecydowali udać się do Buenos Aires jako turyści. Stamtąd w lipcu 1941 roku wypłynęli okrętem angielskim Highland Princess do Wielkiej Brytanii, by 17 sierpnia dopłynąć do Liverpoolu. Za nimi w tym samym celu udał się do Wielkiej Brytanii ich stryj Antoni Ostrowski. Marceli został zakwalifikowany na szkolenie lotnicze jako strzelec pokładowy. Miał w tym kierunku spore doświadczenie, bo już od ósmego roku życia strzelał w dżungli brazylijskiej Parany z niezwykłą skutecznością do ptactwa, przeznaczonego do pieczenia. Po szkoleniu w Blackpool i w Stormy Down został przydzielony do 301 Dywizjonu Bombowego Ziemi Pomorskiej w Bramcote. 30 maja 1942 roku, w swoje 22 urodziny, oddając się w opiekę Matce Boskiej Częstochowskiej, poleciał na swój pierwszy lot bojowy na Wellingtonie. Celem było bombardowanie Kolonii, do której załoga zbliżała się na wysokości 6000 metrów. Miasto płonęło po nalotach poprzedzającej ich fal bombowców. Wkrótce jednak zaczęło się piekło. Różnorakie pociski – efekt działania artylerii naziemnej – tworzyły prawdziwe ściany, które jak wahadło kładły się na niebie! Smugi błyskawicznie omiatały ich samolot. Marceli wspomina: „Co za karnawał! Oglądając te ściany pocisków nie wyobrażałem sobie przebicia się przez nie. Jednak, dzięki naszemu doświadczonemu pilotowi Zygmuntowi Popławskiemu, przelecieliśmy przez te ściany i znaleźliśmy się nad palącym się miastem. Siedząc w przedniej wieżyczce strzelca pokładowego z rękami na rękojeściach karabinów maszynowych, szukałem wokół myśliwców niemieckich, gotów pobudzić browningi do grzechotania w razie ataku nieprzyjaciela. Obserwując tę panoramę czułem się nieswojo. Czy Niemcy pragną naśladować noce karnawałowe tak charakterystyczne dla mojej brazylijskiej ziemi? Przebiliśmy kilka zapór ogniowych, zanim znaleźliśmy się nad naszym celem. Szukaliśmy naszego celu rakietą świetlną zawieszoną w powietrzu na spadochronie, aby dobrze zrzucić ładunek bomb. Radiotelegrafista, Władek Sybilski, stał przy wyrzutni, aby gdy zapali się zielone światło, zwolnić bombę błyskową o 10-ciu milionach świec, od których zależała jakość zdjęć - dowodu naszego bombardowania. Olbrzymie fale ognia pokrywały duże połacie miasta. Można było łatwo rozróżnić ulice i płonące domy.

- Otworzyć drzwi bombowe – usłyszałem w słuchawkach głos bombardiera Staszka Kondrasa.

- Otwarte – odpowiedział Zygmunt Popławski, nasz dowódca.

- W lewo, w lewo – mówił Staszek. - Tak trzymać – ciągnął dalej.

Po krótkiej przerwie poczułem trzęsienie się naszego Welingtona oznaczonego P (for Peter), co było oznaką, że bomby opuściły komorę bombową.

- Bomby poszły – powiedział Staszek – i zaraz usłyszeliśmy głoś naszego nawigatora mjr. Adama Dąbrowy:

- Bomby poszły.

W kilka sekund trafią w cel – pomyślałem. Ile domów rozwalą, ile osób zginie!? Starałem się ujrzeć miejsce uderzenia bomb. Błysków było mnóstwo, ponieważ w tym nalocie brało udział aż tysiąc bombowców. Był to pierwszy tak liczny atak na jeden cel. Nie było jednak czasu na rozmyślanie, bo zauważyłem, że jeden z reflektorów „sunie” ku nam. Zawiadomiłem pilota. Zygmunt od razu położył samolot w zakręt. Reflektor „przejechał się” jednak po nas. Przeraźliwie nas oświetlił i opuścił z uścisku. Po kilku sekundach kilka reflektorów naraz nas uchwyciło – jeden niebieski! Teraz dopiero pilot rozpoczął taniec! Wszystko przede mną zaczęło się chwiać. Widziałem to płonące miasto, to znów gwiazdy na niebie lub czerwony od pożarów księżyc w pełni! Żołądek robił też swoje akrobacje! … W końcu wyrwaliśmy się z tych okropnych pazurów reflektorów. Ale taniec samolotu trwał nadal. W powietrzu rozrywały się raz po raz kule armatnie: pod nami, na naszej wysokości i nad nami. Okrążyły nas niczym rój pszczół. Odłamki dudniły po kadłubie samolotu. Od podmuchów nasz samolot wił się jak wąż w różnych kierunkach.

Słyszałem jak Zygmunt mówił do mjr. Pronaszki, drugiego pilota: pomóż sterować! Biedny Wellington zachowywał się jak mała łódeczka na wzburzonych falach. Odłamki kul armatnich dudniły i warczały. Trwało to dobre 15 minut i w końcu Kolonia i rój pszczół znikły z oczu. Lecieliśmy w grobowej ciszy. Wtedy zrozumiałem, że właśnie w tych ostatnich minutach przeszedłem mój chrzest bojowy. Poczułem się bardzo zmęczony i gotowy do snu. W tym momencie usłyszałem w słuchawkach:

- Uwaga! Uważać na myśliwce!

- O.K., odpowiedziałem.

Nie spodobała mi się jednak ta uwaga, bo przecież strzelcy pokładowi są zwani oczami bombowca. Dlaczego zwraca mi uwagę? Wiem przecież dobrze, jaka odpowiedzialność ciąży na mnie! W końcu pomyślałem: pilot jest starym wygą i jego uwaga może tylko przyczynić się dla dobra całej załogi.

Szczęśliwie lot dalej trwał bez przygód, więc zacząłem szukać na gwiaździstym niebie mojej gwiazdy szczęścia. Zobaczyłem ją świecącą i jakby mówiącą mi, że zawsze będzie mi towarzyszyć w moich wyprawach powietrznych. Czułem się szczęśliwy, że przebywam w przedniej wieży. Dzięki temu pierwszy ujrzałem i przekroczyłem przyjazny nam brzeg. Ktoś może pomyśleć, że cieszyłem się siedząc plecami do wroga. Mogę zapewnić w tym momencie, że ważniejsze dla mnie było to, iż byłem pierwszy w załodze, który leciał przez zapory ognia przeciwlotniczego i pierwszym nad celem! Większa jeszcze przyjemność czekała na mnie po wylądowaniu, gdy po przekazaniu wywiadowi moich spostrzeżeń z lotu bojowego, zaciągnąłem się papierosem i piłem gorącą, aromatyczną herbatę!”

Bombardowanie Kolonii przez wszystkie bombowce trwało około 90 minut. Zrzucono 1455 ton bomb. Z wyprawy nie wróciło 39 bombowców z 234 członkami załóg. Oceniono te stratę za mniejszą, niż przeciętną. Załoga Marcelego poleciała, mimo że jeszcze nie ukończyła szkolenia.

Marceli latał szczęśliwie przez następnych 9 miesięcy. W niedzielną noc 28 lutego 1943 roku wykonał swój trzydziesty lot bojowy jako strzelec pokładowy na bombardowanie St. Nazaire. W ten sposób skończył swą kolejkę lotów bojowych z nalotem ponad 200 godzin. Pięć dni później poleciał szczęśliwie w swój ostatni lot jako strzelec pokładowy. Następnie, po awansie oficerskim, został mianowany w Bomber Pool adiutantem swego dowódcy, majora Komara. Marzył jednak o lotach bojowych, obojętnie w jakim charakterze. Po pomyślnym przejściu egzaminów i badań lekarskich został przyjęty na kurs pilotażu, który rozpoczął się 4 marca 1944 roku. Mając doświadczenie na bombowcach pragnął się szkolić w tym kierunku. Od stycznia 1945 roku zaczął szkolenie na dwusilnikowym bombowcu Oxford, uzyskując 6 czerwca 1945 roku dyplom pilota. 25 października 1945 roku Marceli Ostrowski ożenił się w Nottingham z Haliną Czepiel, która wraz z mamą Zofią i siostrą Leonillą służyła w Pomocniczej Lotniczej Służbie Kobiet (PLSK), wchodzącej w skład brytyjskiej Women's Auxiliary Air Force (WAAF). Ojciec Haliny, chorąży Antoni Czepiel zginął w Katyniu. Marceli zdecydował się powrócić po wojnie do Brazylii, by wraz z żoną osiedlić się w Kurytybie. Niestety, do Brazylii nie wrócili już: brat Marcelego Edmund - pilot dywizjonu 305, który zginął w Lasham 22 lutego 1944 roku podczas oblotu samolotu Mosquito, od którego oderwało się skrzydło i stryj Antoni Ostrowski - strzelec pokładowy, również w dywizjonie 305, który zginął w locie bojowym 23 września 1942 roku. Teściowa i siostra żony Marcelego Leonilla Zofia wraz z mężem chorążym Ogonowskim przypłynęli do Brazylii po kilku miesiącach. Nie mogąc się przyzwyczaić do tamtejszego klimatu, przeprowadziły się do Toronto. Marceli na prośbę żony zrezygnował z propozycji zatrudnienia się jako pilot w liniach lotniczych. Z uwagi na chorobę teściowej oboje zdecydowali się na emigrację do Toronto. Tu przez 32 lata, aż do emerytury, Marceli był księgowym w zarządzie miasta. Od 1956 roku działa aktywnie w Stowarzyszeniu Lotników Polskich (SLP) i w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów (SPK). W organizacjach tych pełnił wiele najbardziej odpowiedzialnych funkcji. Przez pięć i pół roku był prezesem SPK w Kanadzie, od ponad dwudziestu lat jest członkiem zarządu Skrzydła 430 Warszawa, którego był również prezesem. Ponadto jest bardzo aktywnym członkiem i działaczem Rycerzy Kolumba - Knights of Columbus'e. Organizacja ta pomaga społecznie szczególnie wdowom po zmarłych Rycerzach. Niesie również pomoc Kościołowi i proboszczom, szpitalom, funduje stypendia dla dzieci Rycerzy. Wielkim dramatem dla niego była nagła śmierć żony w roku 1985.

Marceli uczestniczy we wszystkich światowych zlotach Stowarzyszenia Lotników Polskich, organizowanych w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie i od roku 1992 w Polsce. W kraju swych przodków był po raz pierwszy w roku 1978. Niezwykle ważnym dla niego było odwiedzenie rodzinnej Dubienki nad Bugiem. Był również we Wrocławiu, gdzie jest członkiem miejscowego Klubu Lotników LOTECZKA. Wygłosił tam prelekcję, owacyjnie przyjętą przez zebranych.

Marceli nadal zachowuje dobrą kondycję fizyczną i wspaniałą intelektualną. Jego wielką radością są mieszkający w Toronto syn Krzysztof i jego rodzina: żona Halina oraz ich córki: Melissa i Karolina.

Marceli nadal działa bardzo aktywnie społecznie. Przygotował do druku bogatą historię „Skrzydła 430 Warszawa” z Toronto. Jest również członkiem sześcioosobowego zespołu przygotowującego budowę pomnika, poświęconego pamięci lotników polskich biorących udział w II wojnie światowej w Wielkiej Brytanii. Pomnik stanie w miejscowości Mississauga w pobliżu Toronto.

Marceli wraz z Anną Łabieniec losy swoje i historię rodziny Ostrowskich opisał w pięknej książce biograficznej WYZEJ NIŻ PINIORY, która od roku 2007 miała już cztery wydania.

Warto podać, że wśród wielu odznaczeń Marceli został uhonorowany Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy, wielokrotnie Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Polskie środowisko lotnicze żywi nadzieję, że z okazji jubileuszu stulecia urodzin

ppłk pilot Marceli Ostrowski zostanie odznaczony przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego, na co w pełni zasługuje. Obecnie żaden żyjący polski lotnik nie jest posiadaczem takiego Orderu.

Stanisław Błasiak






44 views
  • Facebook Clean
  • Twitter Clean
  • Flickr Clean